poniedziałek, 10 kwietnia 2017

Rozdział 4

Jenny
Nadszedł poniedziałek, co oznaczało, że wykłady mam dopiero od 11:00. Właśnie się przebudziłam, bo coś, a raczej ktoś przygniatał mnie swoim sadłem do łóżka, tym samym odcinając dostęp do tlenu:
-Johan, grubasie, złaź ze mnie.- Wychrypiałam; cholera, znowu zbliża się jesień, a mój głos w tym czasie przeżywa rewolucję...
-Daj mi jeszcze chwilkę.- Zamruczał; ja leżałam na plecach i w dodatku na samym dole, a on twarzą do mnie i jeszcze do tego był na górze. Cóż, jedyne co mogę powiedzieć to to, że ta sytuacja nie dzieje się po raz pierwszy i już wiem jak sobie z tym radzić:
-Johan, kochanie.- Zagruchałam słodkim głosikiem, może nawet aż za słodkim, a on otworzył oczy i zaczął się we mnie wpatrywać, co oznaczało, że złapał przynętę
-Dobrze się czujesz?- Zapytał patrząc podejrzliwie
-Nie wiem, chyba od braku tlenu troche pomieszało mi się w głowie.- Posłałam mu szeroki uśmiech i się delikatnie uniosłam, aby go pocałować, a on prawie że zeskoczył ze mnie i wylądował na podłodze; zaczęłam się zanosić zaraźliwym śmiechem:
-Zawsze działa.- Śmiałam się dalej, a on w tym czasie znów wrócił na swoje miejsce, lecz tym razem się nie kładł, a oparł się na łokciach tak, że jego twarz była zaledwie kilka centymetrów od mojej:
-Jesteś okrutna.- Oznajmił z udawanym smutkiem
-Nie aż tak jak ty.- Skrzyżowałam ręce na piersi- Ja ciebie nie przygniatałam do łóżka przez całą noc.- Prychnęłam
-To już wiesz jak ja sie czuję, kiedy ty śpisz na górze.- Wyszczerzył się
-O ty chamie!- Stuknęłam go pięścią w pierś, a on się tylko zaśmiał- Nie ważę tyle ton co ty!
-Ale jesz tyle co ja.- Cmoknął mnie w usta
-Kłamca.- Oddałam mu całusa, chociaż wcale na niego nie zasługiwał
-Moja złośnica.- Wsunął swoją rękę pod moje plecy, po czym podniósł mnie z łóżka, przycisnął do siebie i sam się położył na moim miejscu. W końcu byłam na górze, a on na dole. Co za ulga...
-O wiele lepiej.- Wtuliłam się w jego klatkę piersiową i wzięłam duży chust powietrza
-Och, Jenn, przygniatasz mnie.- Sparodiował mój głos
-Idiota.- Wysyczałam mu w twarz i spróbowałam się wyrwać
-Ej, ej. Gdzie ty mi tu uciekasz? Poranek się dopiero zaczął.- Wzmocnił swój uścisk
-Odwal się. Nie rozmawiam z tobą.- Udałam obrażoną
-Oj kochaaanie...
-Powtórz to, a więcej tutaj nie wrócisz.- Zagroziłam, a mój głos przybrał bardziej poważny ton
-No nie mów, że nadal cię to irytuje.- Był rozbawiony
-Możliwe.
-Możliwe jest to, że na wakacje zabiorę cię do Niemiec.- Uśmiechnął się tak uroczo, że oddałabym wszystko, żeby mu teraz zrobić zdjęcie i ustawić je sobie na tapecie w telefonie
-Pewnie tęsknisz za Niemcami?- Zgadywałam
-Nie aż tak, jak ty za Norwegią.- Zaśmiał się- Po prostu chciałbym zobaczyć kilka miejsc i odwiedzić paru dawnych znajomych.
-Rozumiem.- Odparłam; na serio wiedziałam co czuje- No, trzeba już wstawać.- Przerwałam ten temat- Założę się o swoje śniadanie, że jest już po jedenastej.
-A co jeżeli nie masz racji?
-Wtedy zjem twoje śniadanie.- Wyszczerzyłam się, a on przycisnął mnie do siebie i zaczął intensywnie całować, przez co spowodował u mnie salwy radosnego krzyku, które zwabiły mojego tatę:
-Ej, dzieciarnia! Ciszej tam!- Zajrzał do pokoju, lecz kiedy żadne z nas nie zareagowało na jego widok, postanowił nie wytrącać się do naszych ,,zabaw"...

Carrie
 Gdy się obudziłam, nie byłam już przykryta kołdrą a męskim ciałem ,które należało do jednego z moich współlokatorów, czy Alana, który nic sobie nie robił z tego, że dzisiaj jest poniedziałek. Miał szczęście, że dopiero zaczynałam o trzynastej a kończyłam półtorej godziny później. Jakoś tak wyszło, że poniedziałek był moim niemal najlżejszym dniem w tygodniu biorąc pod uwagę weekendy, choć teraz dorabiałam czasem jako barmanka w sobotnie wieczory, bo dzięki temu miałam darmowe wejściówki no i oczywiście przybywało trochę kaski na koncie na większe szaleństwa typu nowy laptop, bo aktualny zaczyna mi się strasznie ciąć, co denerwuje mnie jak nie wiem. Oczywiście znalazłoby się parę rzeczy, które chciałabym sobie kupić,ale nie lubię wydawać pieniędzy na niepotrzebne rzeczy. Nigdy nie wiadomo kiedy pieniądze się przydadzą. Gdybym miała na przykład chłopaka w Anglii to mogłabym mu zrobić niespodziankę i polecieć do niego...
Na samo wspomnienie Aidena łza zakręciła mi się w oku. Strasznie za nim tęskniła. Brakowało mi go cały czas we wszystkim co robię, ciężko jest żyć wiedząc, że miłość twego życia nie chce cię znać i znalazła sobie inną w trakcie tygodniowego wyjazdu za granicę. To straszne, że to teraz ja cierpię, a nie on. To on powinien rozpaczać, że mnie stracił, a ja powinnam się cieszyć, że mogę sobie znaleźć nowego i lepszego chłopaka, który prawdziwie mnie pokocha i nie będzie ze mną tylko dlatego, że będzie chciał mnie przelecieć. Powinnam latać po klubach jak szalona i cieszyć wolnością,a le tak nie jest. To ja cierpię a on jest szczęśliwy, to ja tęsknie, a on ma nową dziewczynę, to ja wypłakuje oczy a on się śmieję, to ja oddałabym życie żeby znowu z nim być, a on...  a on ma to gdzieś.
Obtarłam łzy zanim ktokolwiek mógłby zauważyć, że wypłakuje oczy myśląc o swojej przeszłości, która potrafi dobić człowiek ana cały dzień. Żeby sobie go nie psuć wstałam, związałam włosy w jako taki kok i pomknęłam do łazienki, w której stała wanna, oczywiście wraz z smartfonem, no bo jak tu brać kąpiel bez muzyki. Wzięłam ręcznik z bieliźniarki położyłam go na poręczy wanny tam, gdzie zamierzałam później ułożyć głowę. Nalałam gorącej wody i wsypałam kokosowe sole do kąpieli, po czym mój raj był gotowy...       


Jenny
Dalsza część dnia minęła strasznie szybko. Koło wpół do jedenastej zaczęłam się zbierać, po czym żegnając się z tatą i Johanem ruszyłam na przystanek autobusowy. Kiedy zawitałam na uczelni natknęłam się na Emę i Noah'a. Oboje siedzieli na ławce przed salą i o czymś dyskutowali. Już miałam zejść z ich pola widzenia, lecz Noah mnie dostrzegł:
-Jenn!- Krzyknął rozentuzjazmowany
-Noah!- Udałam, że się cieszę- Jak tam?- Podszedł do mnie
-Wszystko w porządku. Masz może czas po szkole?- Zapytał bez ogródek, a ja niemalże straciłam grunt pod nogami
-Um.. Nie wydaje mi się, wybacz..- Starałam się go w jakiś sposób spławić
-No to jutro.- Nie dawał za wygraną
-Jutro też nie mogę, ale za to Ema pewnie ma czas.- Puściłam do niej oczko, a ona się zarumieniła; Noah spojrzał na moją znajomą i zaczął ją oceniać wzrokiem
-Ema...- Zwrócił sie do niej, lecz urwał i, co mnie zdziwiło, zarumienił się- Masz dzisiaj czas po szkole?
-Ra-raczej tak.- Zająknęła się
-No to fajnie.- Stwierdził, po czym tak po prostu poszedł gdzieś
-Może chociaż ,,dziękuję"?- Zapytałam z rozbawieniem
-Jeszcze nie mam ci za co dziękować.- Odparła jakby z pretensją w głosie i skrzyżowała ręce na piersi
-O co ci chodzi?
-Już ty dobrze wiesz o co!- Naburmuszyła się
-Jeju, to nie moja wina, że...- Przerwała mi
-Że jesteś ode mnie ładniejsza? Że jesteś bardziej inteligentna i w jego typie?!- W jej oczach widziałam rządzę mordu
-Hej, Ema, uspokój się. Przecież was spiknęłam, więc czego ty ode mnie oczekujesz?
-Że mu w końcu powiesz, że masz już chłopaka! Nie wydaje mi się, że Johan będzie szczęśliwy, kiedy dowie się, że flirtujesz ze Szwedem!
-Nie... Chyba ty mu nie powiesz...- Przeraziłam się
-To odpuść go sobie.
-Ja nawet do niego nie zarywam. To tylko mój znajomy...
Dalej było tylko gorzej. Ema unikała mnie jak ognia, a Noah zrobił się jakiś dziwny. Na dodatek, kiedy wróciłam do domu, a miało to miejsce koło dwudziestej, tata oznajmił, że Johan wyszedł ,,do baru na piwo z kolegami":
-Po pierwsze: on nie chodzi do baru. Po drugie: on nie pije piwa. A po trzecie: on nie ma żadnych kolegów, poza mną i tobą.- Tłumaczyłam mojemu tacie
-Jenn, ja tam nie wnikam. Dzisiaj miał ciężki dzień w pracy. Był trudny klient i akurat zaatakował on Johana. Zaatakował słownie.- Sprostował
-Przecież Johan ma twardą psychike.- Odparłam
-Ma, ale gość potraktował go dosłownie jak śmiecia. Aż mi sie żal go zrobiło, więc wypuściłem go wcześniej...
-Boże, tatoo...- Szybko chwyciłam bluzę wiszącą na wieszaku i wyszłam z domu
-A ty gdzie?- Zawołał za mną tata
-Po tą zdradziecką żmije.- Krzyknęłam idąc w miejsce, do którego Johan zawsze chodzi, kiedy ma gorszy dzień i zwalony humor...


Carrie 
 Jak tylko wylazłam z wanny, było wpół do dwunastej, co znaczyło, że muszę powoli szykować się do wyjścia na uczelnię. Był dzisiaj upalny dzień, więc zdecydowałam się na krótkie szare szorty i biały top bez ramiączek, a do tego złoty łańcuszek ze znaczkiem nieskończoności. Był moim prezentem urodzinowym od mojego byłego, le za bardzo go kochałam wisiorek, żeby go wyrzucać a poza tym pasował niemal do wszystkiego. Nie wyrzuca się tak cennych rzeczy, dzięki którym stylizacja jest idealna. Z resztą nienawidziłam wyrzucać rzeczy, które nie są zniszczone, bo to marnotractwo pieniędzy, a ze mnie oszczędna dziewczyna, no chyba że chodzi o wodę do długich kapieli.
Zeszłam na dół, gdzie zastałam kartkę od Ericka, która głosiła, że dzisiaj ja robię obiad i że mam śniadanie w lodówce, które składało się z tortilli i skrzydełek z KFC, które kupił rano. robiłam sobie herbatę i zabrałam się za pałaszowanie mego posiłku. Gdy skończyłam jesć musiałam wychodzić, żeby zdążyć na zajęcia, a wtedy usłyszałam głos:
- Podwieźć cię? - Padło pytanie ze stony Alana.
- A mógłbyś?
- Dla mnie bez różnicy, o i tak będę przejeżdżał obok twej uczelni, ale tobie to raczej zrobi różnicę, więc jeszcze masz trzydzieści minut do wyjścia.
- Dzięki.
- A, miękka jesteś jak na poduszkę. -Odwrócił się do mnie w połowie drogi do łazienki i wypowiedział te słowa.
- To komplement? - Zapytałam się z uśmiechem na ustach.
- Oczywiście, Podusio. - Odrzekł i wszedł do pomieszczenia zwanego potocznie toaletą. 
Poszłam na chwilę do swojego pokoju po torbę i zgarnęłam przy okazji okulary przeciwsłoneczne, które miały uchronić mojej oczy przed promieniowaniem ultrafioletowym i posmarowałam ręce, dekolt i nogi kremem z filtrem, bo nie uśmiechało mi się łazić potem z oparzeniami słonecznymi. Przypomniało mi się jeszcze, że mam spotkanie z kolega z uczelni, więc na rękę było mi branie portfela, bo nieuniknione było to, że będę umierała z głodu, jak tylko skończą się zajęcia.
- Podusio, zaraz jedziemy. - Odezwał się z dołu Alan. 
- Już idę, Wielkoludzie. - Odpowiedziałam schodząc po schodach.
- Jaki ze mnie Wielkolud, kiedy to ty jesteś małym słodkim Krasnoludkiem. - Powiedział robiąc mi puci puci za poliki.
- Bardzo śmieszne. - Z trudem odpowiedziałam, bo ciężko było mówić, gdy ktoś trzyma cię za policzki.
- Ja tylko stwierdzam fakty. - Odparł i zabrał kluczyki z szafki. 
Po dwudziestu minutach byłam na miejscu, czyli że zostało mi koło dziesięciu minut aby dotrzeć do sali i zająć jakieś dobre miejsce nim wszyscy zgarnął co najlepsze.
- Dzięki za podwózkę. Do zobaczenia wieczorem. - Pożegnałam się i pognałam na zajęcia. 
Po drodze spotkałam jeszcze chłopaka, z którym miałam się dzisiaj spotkać i tak akurat wyszło, że zaliczyliśmy zderzenie. Na szczęście obyło się bez zbędnych ofiar, chyba ze ofiarą można nazwać moją torebkę, z której wysypała się połowa zawartości. Szybko ją pozbierałam i ruszyłam w dalszą drogę.  Nie rozmawialiśmy nawet, bo każde z nas śpieszyło się niemiłosiernie. 
Szczęśliwie dotarłam jako trzecia osoba, więc zajęłam bardzo fajne miejsce, które umożliwiało mi dzisiaj efektywną pracę. Mieliśmy dzisiaj szkicować martwą naturę, więc zadanie nie bylo zbyt trudne i nie było na czym się przejechać, przynajmniej dla mnie, chociaż wolałam rysować ludzi niżeli przedmioty, bo one nie mają uczuć i sie nie zmieniają na przestrzeni czasu, a ludzie tak.     

       
Jenny
Szłam, a uliczne latarnie oświetlały mi drogę. Robiło się co raz chłodniej, a ja żałowałam, że chwyciłam akurat letnią bluzę, która nie dawała mi wystarczająco dużo ciepła ile powinna. W końcu doszłam do miejsca, które ludzie zwą potocznie boiskiem do gry w koszykówkę. Johan lubił tu przychodzić, ponieważ lubił grać w kosza, a do tego był wystarczająco wysoki. Jakie było moje zdziwienie, kiedy ujrzałam go na drugim końcu boiska, siedzącego pod siatką, która odgradzała boisko od ulicy, z piłką obok siebie:
-Nie za gorąco ci?- Zapytałam lekko zgryźliwie widząc, że jest tylko w spodenkach i krótkim rękawie
-Nie.- Jego głos wydawał sie lekko przygaszony; podeszłam do niego i zapytałam:
-Wolne?
-Siadaj.- I siedzieliśmy tak w ciszy; w tym czasie zaczął powoli kropić deszcz, ale nas to nie zraziło i dalej tak trwaliśmy.
-Chciałbyś o czymś ze mną poga...- Nie zdążyłam dokończyć zdania, bo on zamknął mnie w swoim uścisku. Jego mięśnie ramion były wręcz ekstremalnie naprężone. Delikatnie pogłaskałam go po głowie i się bardziej wtuliłam. Teraz nie przypominał tego pewnego siebie Johana, któremu nikt nie mógł podskoczyć. Był zwykłym kruchym człowiekiem, takim jak każdy z nas. Takim, który ma swoje słabości, wady, lęki i obawy.
Deszcz moczył nasze ubrania, włosy i wszystko dookoła. Liczyła się teraz tylko ta chwila i nic innego. Jednak coś przykuło moją uwagę... Pewien charakterystyczny zapach, a raczej odór. Johan capił alkoholem i tego nawet deszcz nie dał radę zamaskować. Zaczęłam się wyrywać z jego objęć, lecz na próżno. Jeszcze nigdy nie widziałam, żeby Johan sięgał po alkohol, więc miałam pewne obawy co do tego, jak może sie zachowywać. Jedni są bardziej agresywni, jak mój wujek (tata Jessici), a inni wręcz zataczają się ze śmiechu i są skłonni to żartów, tak jak wujek Mattias. Nie wiedziałam do czego skłonny mógł być Johan. Z jednej strony wiedziałam, że świadomie by mnie nie skrzywdził, jednak teraz, kiedy ledwo mógł mówić wątpiłam w to:
-Puść mnie.- To krótkie zdanie zabrzmiało jak rozkaz, który z ociąganiem wykonał- Chodź, pójdziemy do domu.- Wstałam i podałam mu rękę, aby również wstał, lecz nie przyjął jej i sam się podniósł. Ruszył przed siebie i nie obchodziło go to, że zostawia na boisku mnie i swoją piłkę do gry w kosza. Szybko podniosłam ją z ziemi i dogoniłam Johana:
-Gorszy dzień w pracy?- Zapytałam, nawet nie licząc na odpowiedź; on po prostu szedł i nie zwracał na mnie większej uwagi. Może to jednak dobrze, pomyślałam i dalej mu towarzyszyłam. Po kilku minutach weszliśmy do domu:
-Znalazłaś go?- Tata zajrzał do przedpokoju
-Tak.- Postawiłam piłkę obok drzwi, po czym ściągnęłam z siebie przemoczoną bluzę i rzuciłam tacie- Powieś gdzieś na kaloryfer.- Poleciłam i pokierowałam Johana na górę
-Jesteś pewna, że sobie poradzisz?- Szepnął do mnie tata zatroskanym głosem
-Tak. W razie czego będę krzyczeć.- Zapewniłam go i szybko wdrapałam się na górę. Johan już zamierzał, ku mojemu zdziwieniu, wejść na strych, tam gdzie oficjalnie miał swoje lokum:
-O nie mój drogi, w tej chwili do kąpieli!- Wskazałam palcem łazienkę, a on popatrzył na mnie wzrokiem, który mówił ,,czemu mnie jeszcze męczysz?", ale się posłuchał- Nie mam zamiaru ani prać twojej pościeli, ani się tobą opiekować, kiedy będziesz przeziębiony.- Zagroziłam wchodząc za nim do łazienki- Rozbieraj się.- Nakazałam stojąc w zamkniętych drzwiach ze skrzyżowanymi na piersi rękoma. Znów posłusznie wykonał polecenie; w jednej chwili zrzucił z siebie spodenki, bluzkę, bokserki i ściągnął skarpety. Przegryzłam dolną wargę i ostro się zarumieniłam. Mój wzrok powędrował gdzieś w bok, lecz znów powrócił do hipnotyzujących pleców chłopaka. Oddychałam głęboko, aby nie zemdleć. W końcu jakoś wszedł do wanny i już w niej tam został:
-Masz pięć minut.- Oznajmiłam i wyszłam. Gdybym zostałam tam kilka minut dłużej, to dostałabym ogromnego krwotoku z nosa. Co prawda widywałam go w samych bokserkach, ale nie BEZ! Serce tłukło się w mojej piersi jak szalone, a ja oparłam się o drzwi, za którymi mój pijany chłopak brał sobie kąpiel...

Carrie
Po zakończonych zajęciach miałam jeszcze chwilę czasu, aby zajść do łazienki się odświeżyć przed czekajácym mnie spotkaniem z młodym muzykiem o niebiańskim głosie. Gideon był bardzo miłym chłopakiem i wspaniałym przyjacielem, który umiał prawdziwie słuchać i poradzić. Gdyby nie on to pewnie bym się nie zdecydowała na danie szansy Alanowi, mimo że gadałam z Gideonem w czasie przerw między lekcjami, jeśli można  tak nazwać czas, który spędzamy na uczelni.
Z mego wew ętrznego monologu wyrwał mnie dźwęk dzwoniącego telefonu. Na wyświetlaczu pojawiło się imię chłopaka, z którym miałam umówione spotkanie. 
- Hej, Carr. - Przywitał się używając tej formy imienia, którą się posługiwał Aiden. 
- No cześć, Gid. Pamiętasz o naszym spotkaniu? - Przypomniałam . 
- No ja dzwonię właśnie apropo tego spotkania... 
- Coś się stało? 
- Wiesz... Dziewczyna, z którą od dawna się chciałem umówić, zaproponowała wyjście na kawę i nie potrafiłem jej odmówić. Czy moglibyśmy przełożyć nasze spotkanie na jakiś inny dzień? 
- Nie ma sprawy. To za tydzień? 
- Za tydzień. 
- No to jesteśmy umówieni. Wiesz, ja muszę kończyć, bo może uda mi się załatwić podwózkę. 
- Jasne. No to na razie. 
- No pa pa. - Pożegnałam się, a następnue rozłączyłam i wybrałam numer mojego potencjalnego kandydata na chłopaka, który po dwóch sygnałach odebrał.
- Hej, Maleńka. Coś się stało?
- Hej, Al. Mógłbyś mnie odebrać spod uczelni? 
- A nie miałaś dzisiaj spotkania z tym od muzyki, jak mu tam, Gideonem? 
- Coś mu wypadło i przełożyliśmy. To jak będzie? 
-  Za dziesięć minut będę. - Odrzekł i zakończył połączenie. 
Jak powiedział, tak się stało. Samochód mego współlokatora stał przed uczelnią punktualnie po dziesięciu minutach. 
- Hejka naklejka. - Przywitałam się wsiadając i zajmując miejsce  pasażera przy kierowcy.
- Hej, maleństwo. Gotowa na  powrót do domu? 
- Gotowa jeśli ty jesteś gotów. - I w ten sposób ruszyliśmy. 
W drodze powrotnej nie rozmawialiśmy zbyt wiele. Głównie słuchaliśmy muzyki lecącej w radiu i stukaliśmy to ob kierownice to ob drzwi samochodu w rytm. W trakcie jazdy zatrzymaliśmy się w jedym miejscu, a tym miejscem był warsztat samochodowy, w którym pracuje Eric i Alan. Mą uwagę przyciągnęło szczególnie jedno auto. Była to Mazda FD  RX-7. Niesamowite połączenie żółci i czerni pięknie się komponowało. Miękły mi kolana na jej widok. Jeśli uslyszę dźwięk silniku na maksa dostanę orgazmu i to większego niżeli jakikolwiek chłopak mógłby mi dać. 
- Podoba ci się? - Pytał się Alan patrząc na wyraz mej twarzy. 
- Żartujesz sobie ze mnie?! Jest absolutnie przepiękny. 
- Chcesz się przejechać? 
- A czy tak można? 
- Tak się składa, że można, bo istnieje coś takiego jak jazda próbna. - Powiedział i rzucił mi kluczyki. - Prowadzisz. 
- Aaa!!! - Krzyknęłam ze szczęścia i popęd,iłam do samochodu, gdzie usiadłam na miejscu przeznaczonym dla kierowcy. 
- Hahaha. - Aż się zaśmiał. - Jedź tak jak GPS ci wzkazuje. - Pokierował. 
No i jechałam. Jechało się gładko, jak po maśle. Dawno tak cudownie nie jechało mi się samochodem i w dodatku w tak cudowne miejsce. Punktem doeclowym było wyspoko położone  wzgórze z rozłożystym drzewem, a pod nim był rozłożony koc piknikowy. Na kocu stał także duży kosz piknikowy, w którym mogłam dostrzec wino i dwie lampki. Obok kosza stały dwie lampy. Na materiale leżały także poduszki, na których najprawdopodobniej mieliśmy się rozłożyć. 
- Jak tu pięknie. - Stałam niemal onimiała z zachytu. 
- Podoba ci się? 
- Oczywiście. Jest niesamowicie. - Odwróciłam się twarzą do niego i ucałowałam jego wargi. 
Nie musiałam długo czekać na jego reakcję, bo idwzajemnil pocałunek przyprawiając mnie przy tym o zawroty głowy, a później rzekł: 
- Nie śpieszmy się, mamy dużo czasu. Chodź. - Pociągnął mnie za sobą na koc, na którym wygodnie sieę ułożyliśmy i oglądaliśmy zachód słońca, który pochłaniała woda. 
- Dziękuje za wszystko. - Pocałowałam go i mocno się w niego wtuliłam . 
- Nie ma za co, Malutka. - A ten ucałował mnie w czoło i jeszcze mocniej mnie uściskał, że mogłam zapomnieć o całym świecie, bo istniała tylko ta chwila...
Siedzieliśmy tam długo i rozmawialiśmy niemal o wszystkim. Dowiedział się rzeczy, których nie chciałam żeby wiedział, ale i ja poznałam jego sekrety i mimo że znaliśmy się mało su, nie przeszkadzało mi to, bo byłam świadoma tego, iż mogę mu bezinteresownie zaufać. 
Gdy zrobiło się zimno, zostałam okryta bluzą, która jeszcze pachniała perfumami mego towarzysza. Kiedy wróciliśmy do domu, ale atmosfera między nami się nie zmieniła. Wciąż było magicznie i chciałam, żeby tak pozostało.


Jenny
Zgodnie z zapowiedzią, po pięciu minutach zajrzałam do Johana, aby upewnić się, że jeszcze żyje. Żył, a nawet zdołała się umyć i teraz stał przede mną z ręcznikiem owiniętym wokół bioder:
-Jeeeenn.-  Zachrypiał i wyciągnął przed siebie ręce niczym mały chłopiec proszący matkę, aby go wzięła na ręce
-Nie, masz się ubrać.- Zdziwiona byłam stanowczością własnego głosu, w którym nie było ani jednej nuty wahania lub niepewności
-Chyba nie mam w co.- Odparł, a ja zauważyłam, że na serio nie ma niczego na zmianę
-Poczekaj tu. Zaraz ci coś przyniosę.- Szybko pomknęłam do swojego pokoju i pogrzebałam po dnie swojej szafy. Tak, posiadałam tam ubrania, które należały do Johana, a właściwie nieświadomie je kolekcjonowałam. Pożyczałam i już nigdy nie oddawałam, ale teraz nadszedł właśnie ten czas, aby zwrócić pewne części garderoby. Jednak, jednej, jedynej części nie posiadałam, bo w sumie nie była mi potrzebna. Stałam przed otwartą szafą i zastanawiałam się co zrobić: czy pożyczyć gacie od taty, czy może szybko wstąpić do jego domu i stamtąd wziąć kilka rzeczy? A może na strychu coś posiadał? Moje przemyślenia szybko się rozwiały, kiedy poczułam, jak czyjeś silne ręce obejmują mnie całą:
-Johan!- Mój głos załamywał się i już nie był taki pewny, ponieważ za mną stał prawie dwumetrowy dwudziestojednoletni chłopak o sile dwóch rosłych mężczyzn, a w dodatku był dosłownie nagi. Moje serce zaczęło bić tak nienaturalnie szybko, że chyba z wrażenia dostałam arytmii serca. Oddech był urywany i dosyć szybki.
-Kocham cię Jenn.- Wyznał mi, tuląc się do mnie- Wiesz, że nigdy bym cię nie skrzywdził, nawet w tym stanie.- Zapewniał, a ja... wierzyłam mu. Na serio. Może i był pijany, ale pokornie wykonywał moje polecenia i bynajmniej nie zamierzał robić mi czegoś, czego bym sobie nie życzyła- Chodźmy spać.- Znowu się odezwał
-Pójdziemy, ale najpierw znajdźmy ci jakąś bieliznę.- Udało mi się w końcu odezwać. Johan przytaknął i mnie puścił- Usiądź na łóżku i poczekaj na mnie, ale tym razem na serio.- Nawet się do niego nie odwracałam tylko poszłam na strych, czyli prowizorycznego pokoju Johana. Jak sie okazało posiadał tam kilka par gaci, więc wzięłam jedne i wrzuciłam do swojego pokoju, nawet tam nie wchodząc:
-Ubierz się.- Poleciłam i po odliczeniu trzydziestu sekund weszłam do pomieszczenia. Leżał na moim łóżku już ubrany, co mnie cieszyło. Nieśmiało podeszłam do niego, aby sprawdzić czy śpi, ale w tym samym czasie delikatnie uchylił powieki i popatrzył na mnie:
-Dziękuję.- Posłał mi delikatny i za razem uroczy uśmiech, który sprawił, że ten wieczór stał się piękniejszy. Szybko przebrałam się w swoją piżamę i dołączyłam do niego. Spaliśmy w swoich objęciach, a ja czułam się bezpieczna w jego ramionach. Już wiedziałam, że nie muszę się go bać w tym stanie. Cieszyłam się, że mam takiego wspaniałego chłopaka jak on.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz